Australia

Jak zapowiadałem, tak też czynię. Opowiem Wam trochę o tym jak mnie życie zawodowe doświadczyło, póki co, w Australii. Zaczęło się to wszystko od momentu gdy…

Przyleciałem na antypody, nie powiem, raczej z wypiętą piersią i z całkiem pozytywnym nastawieniem na znalezienie pracy w zawodzie, mimo że ci moi załatwiacze wizy (InformationPlanet) mówili, że łatwo z tym nie będzie i że trzeba dumę schować do kieszeni i, zasadniczo, zamienić ciepły, korporacyjny, stołek w klimatyzowanym biurze z personalnym komputerem, kompleksowo wyposażoną kuchnią i pewną, miesięczną wypłatą, na, przykładowo, w pełni niezacienione miejsce stojące przy kopcu piachu w 40 stopniowym żarze, lejącego się, z, jak na złość, bezchmurnego nieba, tak samo jak pot z każdej partii twojego ciała przez 10 godzin dziennie. Nabierając łopatą ten piach, trzymaną przez poranione, od tego trzymania, ręce, z uprzednio wspomnianego kopca, na oddalony o kilka metrów drugi kopiec..i tak bez przerwy. Szczęście, że to nie moja historia, która jednak naprawdę się wydarzyła i oparta jest na prawdziwych, faktach autentycznych ;]. Na jego szczęście, tego który tę syzyfową pracę wykonywał, będzie teraz czyścił baseny, a nie przerzucał żwir. Brzmi dość abstrakcyjnie, ale chłopak jest naprawdę zadowolony z takiego obrotu spraw, więc

good for him

Zanim o tym w jakiej postaci ‘okazał’ się mój Australian Dream, chwilę o mojej z dnia na dzień opadającej, wypiętej, piersi i jak to stałem się bezpiórnym pawiem. Tak..na słowa o tym, że znalezienie pracy w zawodzie w Australii nie przychodzi z łatwością reagowałem ze zrozumieniem i pokorą, ale po dosłownie momencie refleksji, w głowie siedziało mi zupełnie co innego:

Bzdura!

Przecież jestem programistą z doświadczeniem, co prawda tylko 2.5 roku, ale to zawsze więcej niż 0.4, 1.7 czy 2.2 roku, c’nie. Nie wspomniając o tym, że IT to aktualnie jedna z najlepiej prosperujących, rozwijających się i rokujących branż, w której zapotrzebowanie na ekspertów, specjalistów, fachowców i, szczęśliwie dla mnie, głOMbów jest przeogromne. No to myślę sobie, co oni za głupoty gadają, to nie ja znajdę pracę, a praca znajdzie mnie! Taki byłem

kozak

Rozczarowanie nastało bardzo prędko. Aplikowałem każdego dnia, średnio słałem ~5 CV dziennie. Po kilku tygodniach wchodzenie z rana na seek.com.au (~pracuj.pl) i klikanie ‘apply’ stało się smutną rutyną. Można rzecz, że rynek pracy jest dość obfity w wakaty, bo pojawiało się naprawdę sporo ogłoszeń, na które nawet moje, dość skromne, kwalifikacje pozwalały wysyłać życiorys. Mimo to odzew, przynajmniej na początku, był znikomy. Dostałem może dwa telefony w przeciągu 2 – 3 tyg. z pytaniem o moją historię zawodową, doświadczenie i zawsze, ale to zawsze, o to ile chcę zarabiać (odwołuję się tutaj też do późniejszych rozmów). Pierwsza moja pogawędka był katastrofą na miarę tej ze słynną już brzozą i wyraźnie słyszalnym wystrzałem. Po pierwszym usłyszanym ze słuchawki dzwięku, nie, nawet nie, po zreflektowaniu, że dzwoni do mnie całkowicie obcy numer, czyli w momencie spojrzenia na wyświetlacz telefonu, dostałem zimnego, jak największy z drani, łojotoku z każdego pora, nawet najbardziej zapieczonego, mojego, już nie tak smukłego jak onegdaj, cielska. Wiedziałem co się święci. Trochę zdębiałem, ale odebrałem i instynktownie wykrztusiłem z siebie

Jeloł

Po usłyszeniu pierwszego obcojęzycznego wyrazu, a nawet pierwszej sylaby, a nawet pierwszej głoski, a może po prostu zaraz po moim okaleczałym, nieszczęśnie tępym i wyczuwalnie przytkanym powitaniu, ta wata, ciastolina, pianka PCV i dwie pełne garści, na wpół przerzutych, eklerków, które ze strachu wypełniły całą moją gębę, a które przed momentem na chwile oderwały się od podniebienia i dziąsęł, uwalniając gardziej na jeden krótki przywitalny wydech, żeby zaraz potem znów idealnie przywrzeć, jak upuszczona kromka z masłem przywiera do gumoleum, i prawie na dobre zatkać mi usta. Przez jakąś mikroskopijną dziurkę w tej, szczelnie wypełniającej całą moją jamę, wyimaginowanej brei, udało mi się wybełkotać odpowiedzi na zadawane pytania, co ja umieć i co ja wiedzieć, no i oczywicha ile chcieć pieniondz. Trochę zmyślam z tym co mojemu rozmówcy odpowiadałem, bo nie pamiętam z tej rozmowy nic, dosłownie, nic. Jestem pewny, że pytał o kasę, bo wszyscy pytają, ale nie mogę przywołać żadnych wspomnień. Byłem w takim szoku i stresie w trakcie rozmowy, że nawet podniesione ciśnienie i dodatkowa adrenalina nie pomogły w opanowaniu nerwów i logicznym myśleniu. Po odłożeniu słuchawki i chwili refleksji, doświadczyłem, chyba jednego z największych upokorzeń w moim marnym żywocie. Co to właściwie było ? Na pewno nie można było tego nazwać rozmową. Nie wiem…Moja podświadomość chyba też tego nie ogarnęła i zaraz po zarejestrowaniu tych wydarzeń sformatowała dysk. Po kasacji, nastała ciemność, pustka i cisza, w której nie było słychać nic prócz uderzających o glebę z ogromnym łomotem piór…Dziwne to doświadczenie, bo niby człowiek się spodziewa, wie, że zadzwonią, wie, że będą gadać i wie że będzie trzeba odpowiadać. Przygotowuje się do tego, planuje, opracowuje strategie,

chce dobrze, a wychodzi jak zwykle

Mam jednak pewną hipotezę. Przy wszystkich pierwszych razach, teoria, nie ważne jaki ogrom jej posiądziesz i jak długo ją studiujesz, nie ma się ni jak do praktyki. Niech za kolejny przykład posłużą moje pierwsze podboje miłosne, technicznie rzecz biorąc wiedziałem jak się całować, moja wybranka pewnie też. Swe usta zbliżyć na zerowy dystans do ust Ci obcych i voila, żadna filozofia, raczej inżytnierska robota. Jak przyszło co do czego to prawie całe szkliwo sobie nawzajem pozdrapywaliśmy z siekaczy. Tak że, tak. Wraz z praktyką człowiek nabiera doświadczenia, obycia, wie co i jak. Ze mną nie było inaczej, przy kolejnych wojażach damsko-męskich stopniowo zmniejszałem pracę uzębienia i, podobnie jak miało to miejsce z angielszczyzną, mój język zaczął wyrabiać cuda ;]. Kończąc tę niesmaczną anegdotkę, można krótko i ogólnikowo rzecz

trening czyni miszcza

Wracając do wątku głównego. Może do najbystrzejszych nie należę, ale w końcu udało mi się powiązać koniec z końcem. Jak skrzętnie na mym liczydle porachowałem, wynikiem tej nierównej walki, obcokrajowca z nowym światem, było nic innego, jak to, że pracy jako klepacz w klawiaturę rychło nie dostanę. Nie załamywałem jednak rąk. Cały czas wertując strony w internetach, aplikowałem na co tylko mogłem. CV lądowały nawet w innych miastach, Perth czy Melbourne, brałem pod uwagę te opcje, które uprzednio odpuszczałem. Wiadomo, jak człowiek przyciska sraczka to dwa razy się nie zastanawia i dziękuje w niebo głosy nawet za, tak jak Maria zawsze dziewica, tak i zawsze obsrany, kibel w PKP. Odzew był coraz większy, ale dalej bez sukcesu, a czas i pieniądze uciekały nieubłaganie. W życie trzeba było wprowadzić Plan B. Jak zostało mi polecone przez obytych w tych tematach, tutejszych śmieciowych zawodów, należy spreparować życiorys, tak aby był bardziej atrakcyjny, czyli w zasadzie pozmyślać, że się gdzieś pracowało, ma się jakieś doświadczenie i najlepiej mieć ziomka, który tę bajkę potwierdzi telefonicznie. Wtedy robota jak w banku. Dlaczego trzeba takie ceregiele odstawiać ? Bo tutaj nie ma lekko nawet z pracą dorywczą. Nie ma co jednak popadać w histerię, wszyscy, których tutaj poznałem, gdzieś pracują, więce prędzej czy później coś się znajdzie. Dla chcącego nic trudnego. Przykładowo, koleżanka, swoją drogą pielęgniarka, z kelnerstwem nie miała wspólnego nic. Zwymyślała w CV, że ma 3 lata doświadczenia. Wzieli ją na ‘trial’, jednodniowy teścik, żeby zobaczyć czy daje radę. Właściciel restauracji, który ją testował, powiedział jej żeby podała do jednego ze stolików dania które są do wydania, ta niewiele się zastanawiąjąc pół-truchtem, trochę przejęta, kroczy w kierunku lady, bierze talerz i dumna, że jeszcze nie wywinęła orła, idzie z powrotem. Ten na to, dość mocno zdziwiony wypala

czemu tylko jeden?

Ta zaszokowana mówi, że tylko jeden, bo więcej nie uniesie ;]. No i wyszło szydło z worka. O kelnerstwie wiem tak dużo, jak Mandaryna o śpiewaniu, ale podobno, jak ktoś robi w tych tematach to regułą jest, że bierze się trzy talerze na raz. Podziękowali jej, ale już za dwa tygodnie, ktoś się rozchorował, nie było zastępstwa i zadzwonili właśnie pod jej numer. Miała parę dniówek, na lewo. Można? Moszna. Potem znalazła pracę w innej knajpie, jako kelnerka, i pracowała tam dobre pół roku, też na lewo. Dostawała naprawdę marne grosze, bo 12$/h, gdzie ustawowo powinna otrzymać min. 15$. Niemniej jendak pieniądz jest pieniądz, szczególnie potrzebny gdy nie ma co do gara włożyć. Z ciekawostek, właścicielem tejże restauracji był dusigrosz i kutwa, Janusz, skądinąd polak.

Dosyć już cudzych historii, teraz coś z mojego życia wzięte. Pierwszą pracę dostałem z polecenia ;]. Znajomy oznajmił któregoś dnia, że jest wakat na zmywaku, a że, jak mówi, tworzę wyborne trio wraz z gąbką i Ludwikiem, to też swietnie się w rolę wpasuję. Okazało się, że jestem całkiem niezłym pomywaczem garów, czyli tutejszym, emfatycznie nazywanym, ‘kitchen’s hand’, który z kuchnią ma tyle doczynienia, że zabiera z niej brudne, a przynosi czyste. Byłem szczęśliwy, że wreszcie, bo po ~1.5 miesiąca dostałem pierwszą pracę, naprawdę szczęśliwy…

dziewica i mistrz na zmywaku

…przez pierwszych kilka dni. Dlaczego ? To za moment się wyjaścni, tymczasem na zdjęciu, moje zmywakowe rozdziewiczenie, z Simonem, ziomem z Bangladeszu. Niestety, bo Simon był doświadczony – 3 – 4 miesiące już tam pracował – bardzo komunikatywny, zabawny, wyluzowany i miał dobry angielski, dostałem innego partnera, takiego samego jak ja żółtodzioba, Michaela, tajlandczyka, do którego jak się mówiło i tłumaczyło, a potem jeszcze dodatkowo pytało czy rozumie to zawsze kiwał łepetyną wertykalnie, że rozumie, a i tak robił zupełnie co innego. Totalna irytacja. Poza tym, to fajny chłopak. Jak się potem z nielicznych rozmów okazało, mistrz swojego miasta czy województwa (nie zrozumiałem go dokładnie) w graniu w gre, nie pamiętam jaką, więc będzie klasycznie, Tomb Raider.

rap kanciapa

Ci bardziej spostrzegawczy, na zdjęciach, dostrzegli pewnie zmienę okrycia głowy. Yo! Po paru tygodniach wyszarpałem od szefa jakieś normalne czapki, bo w tych prysznicówkach to jak ostatnie cymbały wyglądaliśmy…Dobra! Opowieść czas zacząć.

Rozpocznę od monstrualnych gór, kopców, hałd i wreszczie stosów świńsko uwalonych naczyń, które witały mnie każdego razu jak przestąpiłem próg Bondi Pizzy. Ogólnie, gro garów targałem z kuchni sam, wijąc się między ludzmi robiącymi pizzę i drąc mordę

WATCH OUT! BEHIND YOU!

Wrzask był niezbędny, bo inaczej ktoś Cię nożem dziabnie, bo nie zauważy jak nadciągasz, obleje wrzątkiem, olejem z frytownicy lub po prostu nastąpi dzwon osobowy. Wracając jednak do mycia brudów, kuchnia to tylko kropla w morzu, porównując do tego co dostarczyli mi, zawsze nadmiernie szczodrzy w tym temacie, kelnerzy. Wszystko co u nas lądowało, a było tego w ch*&$

, było spryskiwane ciepłą wodą pod sporym ciśnieniem albo, jak cholerstwo nie chciało zejść po dobroci to, skrobanka. Takie na wpół ‘umyte’ gary wpychałem na dużej tacy do machiny, która już naprawdę myła porcelanę w temp. ~60 stopni. Taca po paru sekundach wyjeżdżała z drugiej strony, ale nie zawsze wszystko było czyściutkie i niestety czasami trzeba było naczynia dodatkowo obmyć gdy brudne, wsadzić jeszcze raz jak upaprane, a z reguły zdjąć z tacy, posegregować i znaleźć na nie miejsce na półkach. Jak zebrało się tego odpowiednio dużo to, uwaga, co robimy ? Z powrotem do kuchni i znów z mordą

BEHIND!

I tak w koło Macieju. Wspomniałem o deskach, na których serwowana była pizza ? Otóż tego serdecznie nie nawidziłem. Nie mogliśmy ich wsadzić do maszyny, bo po kilku takich praniach drewno po prostu pękało i deska była do wyrzucenia. To też szmatką ładnie je czyściliśmy z grubych śmieci, co często wystarczało, ale zdażały się zaschnięte resztki żarcia i trzeba było oskrobać..palcyma, bo najszybciej. No i czasami natrafiło się na takiego Lato czy Kręcine, czyli totalnego betona, którego ni jak się nie dało usunąć. Efekt ? Paznokcie wywijały mi się na drugą stronę ;]

Bondi manicure

Mimo, że wszystko robiło się w gumowych rękawiczkach to i tak ręce dostają wilgoci, bo woda jest wszędzie. Tym bardziej jak robisz błyskawicznie szybko. Naczyń jest tyle, że człowiek nie nadążą. To co załączyłem na filmiku, cała ta sterta, to pikuś, taką dawkę dostawaliśmy w ryj na dzień dobry. Prawdziwa fala przychodziła zwykle około ~21 : 30, jak lokal powoli pustoszał, a kuchnia się składała. Ogień obosieczny, z dwóch stron, jak nie kuchnia to sala i tak bez przerwy. Naczynia to nie koniec, bo po zmyciu wszystkiego co można było zmyć, trzeba było wywalić wszystkie śmieci, umyć maszynę, ściany, podłogę i kubły na śmieci. Zasadniczo byliśmy ostatni i zamykaliśmy lokal. Moją pierwszą sobotę, a te spośród wszystkich dni były najgorsze, bo najwięcej ludzi przychodziło się nażreć, zakończyłem w niedzielę. O ~2:30 w nocy wyszliśmy z lokalu, a po jednogodzinnym marszu, bo autobusy i pociągi już dawno tam nie jeździły, przestąpiłem próg domu. Wraz z kolejnymi nockami, co zresztą jest spójne z moją hipotezą, nabierałem większej wprawy, a co z czasem pozwalało nawet zdążyć na ostatni autobus.

Była to praca prosta i powtarzalna, wymagająca jednak dyscypliny i organizacji, dużej szybkości i siły oraz sporej dawki znieczulicy, trochę jak Bear Grylls, na wszędobylskie pomyje i ścierwo, bo niejednokrotnie trzeba było włożyć łapę w nieznaną bliżej maź tłuszczów, sosów i olejów, w której pływały wszelakie resztki zmielonego żarcia, co chwilę czyścić zapchany syfon i nierzadko ocierać się od tego co właśnie chlapnęło Ci w pysk. Generalnie brudna i ciężka, jak siostry grycanki, robota. Zabawnym pewnie wyda się Wam że, myjąc gary w Australii, zarabiałem, zaznaczam, pracując tylko 3 dni w tygodniu, po ~6h dziennie, czyli 18h w tygodniu, prawie tyle samo co w Polsce jako programista na pełny etat. Stawkę godzinną miałem na poziomie 19$ / h co jest naprawdę niezłym wynikiem, jak na pomywacza, ale z drugiej strony nikt nie chce wykonywać takiej roboty, to też muszą koleżeńśtwo jakoś zachęcić. Żeby oszczędzić wszystkim kalkulacji, wychodzi, pi * drzwi, 19$ * 18h * 4tygodnie * 3zł (bo 1$ ~ 3zł) ~ 4100 zł / miesiąc. Taki pieniądz pozwala na raczej bezstresową egzystencję. Mogłem opłacić mieszkanie, nie myśleć o tym ile wydaję w sklepie na jadło i czasami pójść na miasto i poszaleć. Nie jest to fortuna, ale można prowadzić spokojny, niczym nie zakłócany żywot. To niech się tera który odważy pracować na pół etatu na zmywaku w Polsce i przeżyć…

Przylatując do krainy Oz w życiu nie myślałem, że będę zmywał gary i to jeszcze w dodatku nie swoje. Byłem zbyt dumny, honor mi nie pozwalał ‘upaść’ tak nisko. Taki byłem, wielki programista…Dodatkowo, zawsze miałem w głowie, że nie po to studiowałem, 5 lat na polibudzie, żeby teraz zasypywali mnie cudzymi brudami. No ale…Doświadczenie z Bondi Pizzy uważam za niesłychanie pożyteczne, nauczyłem się tam niesamowicie dużo, począwszy od szacunku do pracy i pracodawcy, jaki by on ni był, daje Ci on chleb, po przez organizację pracy i pracę w zespole, bo bez współpracy długo samemu nie pociągniesz, a skończywszy na pokorze i nadziei, nadziei na lepsze jutro. Aaa! Zapomniał bym o najważniejszym, odkryłem tam w sobie nową cechę, nienawiść do zmywania ;]

Strasznie długa mi ta opowieść wyszła, a nawet nie zacząłem o mojej drugiej pracy. No nic, zostawiam to na kiedy indziej. Tymczasem zawijam zarzyć trochę aktywnego wypoczynku

Aktywny wypoczynek

 

 

Pjona!

27 Sep 2014 Comments [3]Categories Australia

Myślę, że warto napisać, krótką wzmiankę, o ludziach. Tych, których tu poznajesz, z którymi przebywasz, mieszkasz, zwiedzasz, rozmawiasz, z którymi po prostu współegzystujesz. Pewnie każdemu z Was dobrze znany jest fakt, że człowiek to zwierzę stadne, a w samotności wariuje. Towarzystwo to podstawa, w końcu trzeba mieć do kogo gębę otworzyć. Poza tym to ludzie tworzą atmosferę, klimat i w pewnym sensie definiują Ciebie samego. Jest takie mniej lub bardziej mądre powiedzonko

Pokaż mi swoich przyjaciół, a powiem Ci kim jesteś

amigos_in_da_kitchen

Nie będę jednak rozprawiać nad tym ile w tych słowach prawdy, a ile bełkotu. Ważne jest to, że wspomniany wyżej czynnik ludzki jest niesamowicie istotny. Dobrze jest mieć kogoś kto ma te same troski, przeżywa podobne problemy, dąży do tych samych celów, na kogo można liczyć i komu można zaufać. W kupie siła. Poza tym, nikt nie lubi dreptać przez świat samotnie. Kompan, druh, kumpel, znajomy, kolega, przyjaciel czy ziom to najbardziej pożądana osoba w przeżywaniu kolejnych przygód. Poza towarzyszeniem w dolach i niedolach, taki osobnik to często skarbnica wiedzy, do której w życiu nie miałbyś dostępu, bo niby skąd mógłbyś się dowiedzieć, że w Bangladeszu wszyscy ze wszystkimi się ‘tegują’. Kuzyn, kuzynka, ciotka, wujek, rodzina czy nie, nie ma znaczenia, jest popyt, jest podaż. No która książka, który autor napisałbym o czymś takim ? Z drugiej strony nie jestem molem książkowym ;], więc może jest jakaś wersja ‘Fifty shades of Bangladesz’, abo co. Co więcej, mają oni tam wiele matek, faceci mają takie małe haremy. Znajomy, mówi, że jak wraca raz na 4 – 6 miesięcy z emigracji właśnie do Bangladeszu to każdorazowo ma nową siostrę albo brata, ale ‘współdzieli’ z nimi tylko ojca. Tak że, tak…Inny, nieznany świat, a historie prosto z życia wzięte. Fakty i mity, których weryfikacja przychodzi z łatwością wypowiedzenia

Czy to prawda, że w Indiach rodzice swatają swoje dzieci?

Prawda, ale podobno już nie ma musu, jak onegdaj. Oczywiście, jak mawia klasyk,

to w zależności jest od tego

czy rodzina ma mniej lub bardziej ortodoksyjne korzenie i pewnie paru innych aspektów. Co jednak niezmienne to to, że taki proceder ma miejsce dopiero jak gość jest zbyt wielką zgułą żeby znaleźć sobie dziewuchę samemu i zaczyna chylić się ku wieku starczemu, czyli powiedzmy ma więcej niż ~23 lata. Okazuje się, że byłbym perfekcyjnym kandydatem na swaty, korzystając z okazji, bezpośrednie i chętne proszę o kontakt z moimi rodzicami w Buchałowie. Dziouchy, dziouchy…Odbywa się to na zasadzie fotki.pl, dostajesz garść zdjęć i wybieraj, która najbardziej jurna. Płeć piękna pewnie teraz wywraca gały z niedowierzaniem jak tak można traktować najpiękniejsze co Bóg stworzył, otóż moje drogie, Wy też macie prawo wyboru, który z osobników Wasze foty otrzyma ;]. A propos Indianów, to takie widoki (jak na poniższej focie) to może nie codzienność, ale zdarzają się takie eskapady co z pobiedniejszych zakątku, gdzie pociąg jeździ w środy.

india_train

Zadomowiłem się, jak już Wam wspominałem, w domu z 7 – mioma sypialniami, gdzie w momencie kiedy się wprowadziłem mieszkała dwójka Peruwiańczyków (Ysabel i Cesar), dwójka Słowaków (Mirama i Robert) i dwóch Anglików (Jack i Ash), wkrótce po mnie wprowadziła się kolejna Słowaczka (Slavka) i para z Brazylii (Renata i Denis). Dość spora gromadka. Długo by o nich wszystkich opowiadać, każdy ma swoje wady i zalety, każdy ma swoje rutyny i nawyki, każdy ma swoją kulturę i historię. Mają oni jednak wszyscy jeden wspólny mianownik, lepsze życie. Australian Dream, który kończy się często brutalnie, na ścianie z wystającym z niej wężem, z którego to wylatuje z dużym impetem woda, a który służy do spryskiwania całą noc świńsko uwalonych, niekończących się stosów naczyń znoszonych z restauracyjnej sali przez kelnerów. Tak, pomywacz garów, kelner, robol, sprzątacz czy inna ciężka i brudna robota to zwyczajowo Australian Dream, który na Ciebie czeka. O tym jednak w większych detalach w następnym odcinku ;]

Wracając jednak do mojego domostwa. Przepisu na taki mix nie wymyśliłby sam, yyyyyyyyy, Makłowicz, narodowy smakosz podróży. Wydawałoby się, że wrzucenie do jednego gara tylu różnych produktów, z tak różnych zakątków świata skończy się kulinarnym faux pas, a nasza nadworna kreatorka smaku, Magda G., zaraz po skosztowaniu takiego wywaru, pizgnięciu porcelany o glebę i oblizaniu języka, powiedziałaby pewnie

Dlaczego trujecie ludzi?

Otóż, taki bigos kulturowych różnorodności ma na pewno egzotyczny, niespotykany smak, ale nie musisz się obawiać o niestrawność. Nie dostaniesz po niej tzw. ‘explosive diarrhea’, nie, nie jest to mieszanka wybuchowa, chociaż czasami można mieć wzdęcia, ale do wywołania burzy nie trzeba być z dwóch różnych biegunów, bo te się raczej przyciągają, a po prostu mieć odmienne zdanie. Nie jest to jednak potrawa dla wszystkich, ma nietuznikowy i dość specyficzny smak i zapach, który nigdy nie jest taki sam, ale zawsze kojarzy się z przyjaźnią, dobrą zabawą, serdecznością, śmiesznymi historiami, ludzką dobrocią i niesieniem pomocy, a czasami nawet bezinteresownośćią. Jasne, zdarza się że jedząc swoje ulubione danie nagryziesz ziele angielskie aka pieprz i cała rozkosz kubków smakowych, cała misternie zbudowana idylla słoności, słodkości, goryczki i kwaśności zostaje brutalnie zniszczona. Ma to miejsce i w tym przypadku.  Na szczęście taki zbuk często daje się wykryć przed wepchaniem go do gardła. Wystarczy odłożyć go na bok i po problemie.

Alrighty…dużo za dużo przenośni. Pointa jest taka, że ludzie są spoko. Należy się otaczać, nietoksycznymi aka zgniłe jajca, ludźmi. Zwykłe towarzystwo, koleżeństwo czy przyjaźń to ważna i świetna sprawa, tu na emigracji czy tam na padole. Trzeba mieć się komu w rękaw wypłakać, ale i z kim pośmiać do rozpuku, osobiście preferuję łzy, ale szczęścia.

Gdyby nie Wy moi Polscy tawarisze, koledzy, znajomi i w końcu przyjaciele nie byłoby sensu w moim wypacaniu. Odpowiedzcie sobie szczerze, czytalibyście ten tekst gdybyście mnie nie znali ? Odpowiedź jest tylko jedna…owszem, bo to znakomita lektura ;]

Cronulla_view_to_the_city_II (Medium)

 

 

Pjona My Friends!

Prolog australijskiej opowieści powitalnej już znacie. Przygoda z butami i celnikami w rolach głównych w terminologii przywitań gospodarza z gościem, byłby czymś w rodzaju uścisku dłoni, żółwika czy pjony, którą przybiłem sobie z Australią. To przywitanie określiłbym jako jedno z tych, które każdy z nas doświadczył chociaż raz, będąc na przykład gościem u znajomego swojego znajomego, którego trochę znacie, ale w sumie nie tak dobrze, a który właśnie otworzył Wam drzwi do swojego mieszkania. Wiecie że chop jest luźnym gościem, któremu śmiało można podać grabę, ale taką z obmacywaniem na męskiego misia z mocnym poklepywaniem po lędźwio-łopatkach, a będąc płcią przeciwną można doświadczyć przyjacielskich przytulasków tudzież całuska w polik. Jednak jak przychodzi do właściwego aktu to..no właśnie ;]

awkward-handshake
awkward_kiss

 

Może trochę niezgrabnie i na pewno niezręcznie, ale mówimy sobie ‘Cześć’ albo raczej ‘Hi, how are you?’, a zaraz po tym mój gospodarz, wskazując swoje włości, mówi głośno i stanowczo

Welcome!

WCHODZĘ!

I co widzę ? Piękno, rozpościerające się z lewego krańca horyzontu do jego prawego zakończenia. Pejzaże jak z widokówek, a w tle las potężnych i nowoczesnych wieżowców. Egzotyczna flora i fauna, wszystko czyste i schludne. Coś niesamowitego, bajka…a tak serio to widziałem tak zwane ‘gówno’, bo jak już gdzieś wspomniałem była noc, jakem zajechał. O! Przepraszam, cofam, widziałem karalucha na peronie ‘metra’.

PokojKończąc te pasmo przenośni i nieśmiesznych żartów, byłem bardzo zmęczony i naprawdę nie interesowało mnie otoczenie, chciałem tylko zalec pod kordłą. Kupiłem, jeszcze na lotnisku, kartę Pre-Paid’ową Vodafone żeby móc dać znać bliskim, że u mnie wszystko OK i ruszyłem z osobą mnie odbierającą (dziewuszka wysłana przez agencję InformationPlanet) w kierunku postoju taksówek. ~15 minut z Ryśkiem i dotarliśmy na miejsce. Po krótkim przywitaniu z lokatorami i oględzinach mojego nowego domu, wziąłem prysznic (bez żelu czy mydła, bo nie zabrałem z Polski, miszcz ;]) i zaległem.

Kolejny dzień był dość pracowity. Zakupiłem tygodniowy bilet na pociąg, Sydney’owskiego ‘metra’, główny środek transportu. W zasadzie to kupiłem bilet MyMulti2, który upoważnia mnie do jazdy bez ograniczeń w strefie II wszystkimi pociągami, ale również mogę korzystać ze wszystkich, nie pre-paidowych, autobusów i z niektórych promów. Korzystałem tylko z pociągów, dlatego piszę, że bilet na pociągi. Okej, raz popłynąłem promem, dla frajdy.

Harbour Bridge (from the Circular Quay side)

Specjalnie wziąłem bilet na dwie strefy, bo myślę sobie, że przecież jak będą mnie zapraszać na rozmowy kwalifikacyjne to będę musiał się przemieszczać w wiele różnych miejsc w mieście, a to pociągiem, a to autobusem i kto wiem czym jeszcze. Możliwe też, że te lokalizacje będą poza pierwszą strefą, więc decyzja dość mocno pragmatyczna. Taa, yhym, rozmowy…pierwszy raz zaprosiliBondi Beach and downtown mnie, może, po miesiącu. Kto to mógł jednak wiedzieć…błędy, błędy. Tak czy siak musiałem się przemieszczać czy to na zakupy do marketu czy załatwić coś w mieście, więc piniondz nie tak znowu wyrzucony w błoto, ale na pewno mogłem zaoszczędzić na jednej strefie, ~10$, albo kupić bilet jednorazowy jak pojawiłaby się taka potrzeba. Mając pracę, dziesięć dolarów to nic takiego, bo najniższa stawka godzinna jaką dostaniesz w Australii (legalnie) to 15$/h, ale bezrobotny, z wciąż kurczącym się, w zastraszającym tempie, woreczkiem oszczędności kalkuluje na chłodno każdego centa. Dojechałem na tym świeżo zakupionym za grube dolary bilecie do stacji Town Hall, czyli ścisłe centrum miasta. Myślałem, że wszechobecne drapacze chmur, które nie dają przecisnąć się ani jednemu promykowi słońca na ulice przeplatające się u ich podnóży, będą bardziej przytłaczające. Nic podobnego, są zachwycająco wysokie, monumentalne, a niekiedy fikuśnie nowoczesne, ale pozostają raczej niezauważone, a to dlatego, że po chodnikach płynie rzeka ludzi, rekinów kariery, którzy nacierają na Ciebie z każdej strony, a Ty jak zwinna płotka musisz bezustannie manewrować między nimi żeby tylko nie zostać pożartym. W gruncie rzeczy jesteś tak zaabsorbowany ciągłymi uskokami przed nacierającymi napastnikami, że nie masz czasu podziwiać otaczających Cię olbrzymów. Tego dnia w śródmieściu załatwiłem dwie niecierpiące zwłoki sprawy, otworzyłem konto w banku i wnioskowałem o przydzielenie numeru podatkowego (Tax File Number). Pierwsze wymagało znalezienia placówki CommonWealth Bank, ~20 min papki o kontach, kredytach i jacy to oni nie są wspaniali, paszportu, podpisu i adresu na który ma przyjść karta. Z TFN’em pomogła mi agencja InformationPlanet, która mieści się praktycznie w sercu Sydney, było blisko. Nie musiałem robić nic, oni się wszystkim zajęli, a w zasadzie ona, Estera. Prze-serdeczna polka, która doradzi, pomoże i wesprze dobrym słowem. Po ~1 tyg. dostałem list, a w nim mój numer podatkowy. Przyszła też karta z banku.

VHSPokręciłem się trochę po centrum, potem usiadłem na ławeczce w Hyde Parku i pochłaniając jabłko rozkoszowałem się przez moment widokami modernistycznego miasta…Czas wracać, bo mi sklepy zamkną i znów będę musiał się mydlić samą wodą. Chudy portfel dyktował warunki, kupowałem wszystko co najtańsze, dosłownie. Każdy produkt miał etykietę ‘Made for Aldi’, albo coś w ten deseń, wiecie, marka Auchan czy Carrefour. Pojechałem na zakupy z przeświadczeniem, że robię je na cały tydzień, a wróciłem z dosłownie kilkoma produktami. Kupiłem chleb, jajka, dżem, płatki, mleko, pomidory i jakieś owoce. Nie zapomniałem też o żelu pod prysznic i szamponie. Generalnie czułem się zdezorientowany i zagubiony. Nie wiedziałem co wybrać. Nie było znanych mi od zawsze marek, rozpoznawalnych kształtów, kolorów czy nazw. Nie żebym nie rozpoznał banana czy wody mineralnej, ale wszystko było inne. Kręciłem się i kręciłem, aż w końcu kupiłem tylko kilka niezbędników. Kolejne wycieczki do marketu kończyły się podobnym rezultatem, było łatwiej, ale wciąż obco. Początkowo łaziłem tylko do Aldi’ego, dyskontu, nomen omen znanej nam sieci zza zachodniej granicy, odpowiednik naszego Lidla, też z rajchu. Tylko nie myślcie, że w Aldi’m, którego korzenie pochodzą z Niemiec, można było znaleźć jakieś produkty ze Starego Kontynentu, nic podobnego.

Z czasem przerzuciłem się na WoolWorth’sa, który jest nieco droższy, ale ma więcej ‘europejsko’ pochodnych produktów. A może to po prostu market zrobił różnicę, większy wybór i różnorodność produktów ? Wiecie, coś w stylu Tesco, a nie Biedronka. Nie wiem, w każdym razie czułem się już swobodnie pchając wózek przez wypchane po brzegi produktami wąskie alejki sklepów. Wiedziałem po co sięgnąć.

Największy zawód to chleb, plastikowy chleb. Czasem pewnie nawet go mijacie leżącego na półkach z nieskończoną datą przydatności do spożycia i spoglądacie raczej z pogardą, krocząc ku ‘normalnemu’, świeżo wypieczonemu bochenkowi. Nieraz go kupicie, na grzanki, bo przyjdzie taka ochota. Chleb tostowy, bo o nim mowa, to tutaj dosłownie i w przenośni chleb powszedni. Oczywiście są lepsze, ciemne, pełnoziarniste, żytnie itp. itd., ale są 2 – 3 krotnie droższe. Nie trudno, więc, odgadnąć wynik tego działania, gdy za jak najmniej chcesz jak najwięcej…Rozsmakowałem się więc w grzankach, mających może tylko albo aż trzy witaminy P, C, i V. Pyszota!

Receipts

Długo by pisać o produktach, które można tutaj znaleźć. Moja dieta głównie opierała się o taniznę, a po taniości można tutaj kupić np. tuńczyka, ~2$ za 500 g. Na puszki z napisem ‘Tuna’ nie mogę już patrzeć, jadałem go nawet samego, prosto z puszki, ale to raczej z lenistwa niż z braku fantazji czy czasu. Z kolei ichnym produktem jest Vegamite, smarowidło na chleb, konsystencją i kolorem przypominające lekko schłodzoną Nutellę, a słonością przebijającego Kucharka czy Maggi. Okropne świństwo. Próbowałem też ‘Meat Pie’, typowo Australijskie jadło. Taka bardzo duża pyza nadziana mięsem z sosem. Nie najgorsze, nie najlepsze. Skosztowałem też kanapki, z Avocado i szczyptą soli, niespotykany dla mnie dotąd smak, ale polecam, warto spróbować. Ten dziwoląg to naturalne śniadanie dla Peruwiańczyków. Jadłem też burgery przygotowane przez Michała, polaka, z Australijskiej wołowiny, podobno bardzo dobrej, jeśli idzie o jakość. Były naprawdę wyśmienite.

Burgers

Podobno są w Sydney polskie sklepy, prowadzone przez Azjatów ;], których jeszcze nie odwiedziłem, ale jak najdzie mnie nieodparta pokusa na pierogi to zakupię i z rozkoszą ugotuję sobie zmrożone ruskie.

 

Pjona!

Te, tytularne, słowa, są pierwszymi, które usłyszysz na wyspie kangurów. Czy to od strażnika na granicy, czy od ekspedientki w sklepie, czy od fryzjera, czy od szefa.

Cooo? Chcesz powiedzieć, że kompletni nieznajomi, ludzie których dopiero co poznałeś, totalnie obce Ci osoby, czyli w zasadzie dosłownie wszyscy, których spotykasz na swojej drodze, są zainteresowani Twoją osobą ? Chcą wiedzieć ‘jak się masz’ ?

Oczywiście…że nie. Nikt nie dba, nie chce, ani nie oczekuje od Ciebie, że odpowiesz na to pytanie…pełnym zdaniem. Sprawy mają się trochę inaczej jak zapyta Ci o to dobry znajomy, przyjaciel albo rodzina. Wtedy jest to swego rodzaju ‘starter’ do nawiązania rozmowy, ale generalnie, jest to ichne ‘Cześć’ czy ‘Siema’, które jednak wymaga jakiejś odpowiedzi, w końcu zostałeś o coś zapytamy, c’nie ? Tylko co odpowiedzieć na pytanie na które nikt nie oczekuje odpowiedzi ? A Nawet jak ją już udzielisz to nikt nie przywiązuje do tego żadnej wagi.

Dość teorii. Jak więc wygląda praktyka ? Istnieją dwa scenariusze. Pierwszy, w którym zostajesz zapytany i drugi w którym jesteś pytającym. Zawsze, ale to zawsze staraj się być tym, który odzywa się pierwszy, wtedy zrzucasz całą problematykę odpowiedzi na Twojego rozmówcę. Z głowy.

Jeśli jednak się zagapisz albo ktoś będzie sprytniejszy od Ciebie i wypali przed Tobą, to jeszcze nic straconego. Wystarczy, że szybciutko odwrócisz kota ogonem, mówiąc

How are you yourself ?

Co w przypadku, gdy nie wiedzieć czemu nie byłeś na tyle błyskotliwy żeby odbić piłeczkę i musisz coś z siebie wykrztusić ? Teorii jest wiele. Są nawet całe artykuły na ten temat, które rozbierają problem na części. Rozważają na przykład czy powinno się odpowiedzieć ‘good’ czy raczej ‘well’ oraz wiele innych aspektów, które w życiu nie przyszłyby Ci do głowy. To co jednak warto wiedzieć, zawarte jest w pigułce w tym wątku na forum poświęconym stricte językowi angielskiemu. Co w skrócie można ująć w kilku punktach:

  • Typowe odpowiedzi na pytanie ‘Hi, how are you ?’ czy ‘How ya doin’?’ :
    • I’m fine, thank you.
    • I’m good. You?
    • Doing great! And how are you?
    • I am well, thank you, and you?
  • Brak jakiejkolwiek odpowiedzi jest uważany za obrazę
  • ‘Fine’ bez ‘Thank you’ albo brak odwzajemnienia pytania może zostać uznany za szorstką, nietaktowną albo nieuprzejmą odpowiedź. Świadczyć też może o złym humorze osoby odpowiadającej

Po tym, dalekim od naukowego, a dodatkowo przydługim, wywodzie, możemy przejść do wątku głównego, czyli jak przywitała mnie Australia.

Australia Immigration CardWylądowałem ciepłym wieczorem w pięknie rozświetlonym , ulicznymi światłami, Sydney. Trzymając pieczołowicie i skrupulatnie wypełnioną kartę imigracyjną, którą otrzymujesz od załogi już na pokładzie samolotu, snując się chwilę po krętych korytarzach lotniska, w końcu stanąłem w nielichej kolejce do okienka imigracyjnego. Trochę się bałem, bo odpowiedziałem ‘Yes’ w podpunkcie 9., czyli że wwożę ziemię albo obiekty, które mają na sobie ziemię. Śmiercionośną ziemię ;]. Nie byłem pewny, a jak mówił formularz, gdy nie jesteś pewny, zaznacz ‘Tak’. Miałem drugą parę butów w torbie i za chiny nie mogłem sobie przypomnieć czy są upaprane czy nie. Wolałem nie ryzykować, w końcu nie jeden odcinek ‘Border Security: Australia’s Front Line obejrzałem, więc o przekraczaniu granicy w Australii w zasadzie wiedziałem wszystko. Aha, formularz wypełniałem w samolocie, więc nie mogłem sprawdzić czy buty rzeczywiście są uwalone. Jak się potem okazało na lotnisku było w bród takich samych formularzy imigracyjnych, które tylko czekają, aż ktoś je wypełni. W teorii mogłem więc sprawdzić buty i wypełnić formularz jeszcze raz. Wtedy jednak musiałbym stać w jeszcze dłuższej kolejce. Nie kalkulowało się, polazłem na żywioł.

Przy pierwszym okienku (i w zasadzie ostatnim z okienek) wręczasz wspomnianą wyżej kartę oraz paszport. Spędzasz około ~30 – 60 sekund stojąc w ciągle obserwującym Cię obiektywie kamery, a poważny gość oddzielony od Ciebie grubą szybą, ubrany w wojskowy uniform, obrzuca Cię co rusz osądzająco-dziwaczymi spojrzeniami, przenikającymi Twoją duszę. Prawdopodobnie zostajesz w tym czasie sprawdzony pod kątem niekaralności, czyli czy nie jesteś przypadkiem poszukiwanym listem gończym parówkowym-skrytożercą, i czy masz prawo (ważną wizę) na przekroczenie granicy. Celowo, nie wspominam o procederze sprawdzania podobieństwa Twojej aktualnej aparycji z tą, kajdaniarską, paszportową. Czy Ty to Ty, a nie np. Józef Stalin. Jest to uwłaczające godności bowiem każdy wygląda na zdjęciu paszportowym jak skazaniec, to też nie chciałem o tym pisać i nie napiszę.

Kajdaniarz

Przy którymś z kolei spojrzeniu od strażnika, dostajesz pytanie o takie a nie inne wypełnienie karty, a w zasadzie tylko o sprawę związaną z krzyżykiem w rubryczce z ‘Yes’. No to w kilku słowach tłumaczę, że mam drugą parę butów w torbie i nie pamiętam czy są czyste czy nie. Miły Pan, bez większych dociekań, zaznacza wielkim czerwonym kołem miejsce krzyżyka na ‘Tak’ i parafuje. Oddaje mi kartę i zostaję przepuszczony dalej z życzeniami miłego wieczora. Odwzajemniam i trochę zmieszany i zdezorientowany ruszam dalej. Kolejna kolejka. Na szczęście dużo mniejsza. Uff. Zostaję przydzielony do odpowiedniego stanowiska przez Panią sterującą kolejką, po okazaniu karty. Żwawo ruszam we wskazanymi mi kierunku i moim oczom ukazuje się stanowisko, lada a za nią celnicy. Wygląda bardzo podobnie do tych, które można zobaczyć na ekranie telewizorów we wspomnianej przeze mnie wyżej produkcji. Przełykam ślinę i człeptam ku niemu. Dwie Panie, pytają mnie, jak tylko zbliżyłem się odpowiednio blisko żeby je usłyszeć, o nic innego, a o to ‘Jak się mam’. Zachowuję trzeźwość umysłu i nie opowiadam im o ponad ~20h locie, że jestem zmęczony, powykręcany przez próby snu na samolotowych siedzeniach ze szparą na nogi (nie, nie miejscem na nogi, szparą), cały spocony i śmierdzący, zaniepokojony, trochę przestraszony i jedyne czego pragnący to prysznic i wygodne łóżko. Nie, skłamałem jak wszyscy:

Good, thank you

Welcome To SydneyZnów okazuję mą kartę i zostaję zapytany. O co ? No to chyba nie muszę tłumaczyć, że o wielkie czerwone kółko na świstku papieru, który wlekę ze sobą od Hongkongu. Odpowiadam praktycznie to samo co wcześniej strażnikowi granicznemu w okienku. Po moim krótkim monologu, zostaję dopytany. Pytań było kilka, niestety nie pamiętam ich dokładnie. To co pamiętam to to, że były one skoncentrowane wokół tematów rolno-farmerskich, a żeby Wam dać obraz tego co usłyszałem to pytania brzmiały mniej więcej tak: “Czy pracuje Pan na farmie?”, “Czy pracuje Pan w oborze?”, “Czy pracuję Pan w stajni?” albo “Czy na butach może być błoto?”. Na wszystkie odpowiedź brzmiała ‘Nie’, oprócz tego z błotem, na które odpowiedziałem unosząc jednocześnie oba ramiona, kierując wewnętrzne części dłoni ku górze i niczym Jaś Fasola wykrzywiając twarz, która sama za siebie mówiła: ‘Maybe. I don’t know’. Wtem, Pani zaprzestała drążenia tematu mojej ewentualnej przeszłości pługo-oracza i zapytała czy nie mam nic przeciwko żeby wyciągnąć z torby obiekty zainteresowania. Bez zawahania, wyłożyłem jak kawa na ławę moje buciory i usłyszałem werdykt…

Spotless

Welcome to Australia!

 

Pjona!

18 Jul 2014 Comments [0]Categories Australia

Tata i ja, odlotWylot do Australii, pfff, wielka mi rzecz, rezerwujesz bilet, wsiadasz i lecisz, c’nie !? Nic trudnego, wystarczy mieć trochę kasy, a nawet jak się nie ma to pożyczyć i w drogę! Kilka prostych czynności, łatwizna..

Jak się pewnie domyślacie, niezupełnie. Sama decyzja była nie lada wyzwaniem, przynajmniej dla mnie. Pisząc o tym co się ze mną wtedy ‘działo’ to ciemniejsza ze stron księżyca, niedostępna dla ludzkiego oka, bo schowana za kurtyną prywatności, której rąbka przed Wami uchyliłem. Można też powiedzieć, że była to ta druga strona medalu, czyli trochę na odwrót niż zwykle to bywa w tym medalowym powiedzonku, ale w końcu jestem do góry nogami, więc w zasadzie wszystko się zgadza. Skoro tę drugą stronę już poznaliście to cóż w takim razie skrywa pierwsza strona medalu ?

Wszystko co widoczne, namacalne czy empiryczne przy opuszczaniu Naszego padołu, Polski. Wiem, brzmi enigmatycznie, dlatego śpieszę z objaśnieniami. Emigracja, bo o tym mowa, to naprawdę nielichy kawałek logistycznego orzecha do zgryzienia. Człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego na samym starcie, bo wszystko dzieje się małymi kroczkami, które sukcesywnie stawia. Zatem, nie mamy do dyspozycji dziadka do orzechów przy użyciu którego, jednym ruchem rozłupujemy skorupę wspomnianego wyżej orzecha. Nie, obieramy go łupinka po łupince, a wszystko zaczyna się od słynnego już biletu lotniczego, który ze zwykłego świstka papieru staje się ‘wyrokiem’, nieprzestającym się zbliżać.

ToyotaPrzeprowadzka, to pierwsze od czego zaczynasz, a to dlatego, że masz tyle gratów, które muszą się gdzieś podziać jak Ciebie nie będzie, że pierwsze kursy z wypchanym po brzegi autem robisz ~2-3 miesiące przed rzeczywistym zdaniem mieszkania. No, tak, powinienem pewnie wspomnieć, dla niezaznajomionych z tematem, że studiowałem, mieszkałem i pracowałem we Wrocławiu, a mój rodzinny dom znajduje się w Zielonej Górze, a teraz w zasadzie nieopodal Winnego Grodu, w Buchałowie. Wracające jednak…przez 7 lat, a może nawet 8, spędzonych w stolicy Dolnego Śląska nachomikowałem ~5-6 Toyot Corolla’i rocznik ’95. Deska do prasowania, toster, blender, krzesło, szafka, śpiwory, ubrania, garnki, patelnie, dwie mniejsze szafki, talerze, kubki, więcej ubrań, czajnik elektryczny, sztućce, pościel, komputer, skrzynka z narzędziami, wiertarko-wkrętarka, sama wkrętarka, monitor i wiele, wiele, wiele innych rzeczy. Wszystko to musi zostać upchane po pawlaczach, strychach, komodach, skrzyniach, pudłach czy workach, gdzieś. W moim przypadku u moich rodziców, w Buchałowie, z czego byli bardzo zadowoleni :). Wyglądało to jak niekończąca się opowieść: Pakowanie, znoszenie do auta, przejazd, wyciąganie z auta, rozpakowywanie, segregacja po odpowiednich pudłach, czyli ponowne pakowanie, i na koniec wynoszenie do piwnicy, na strych czy poddasze. Katorga. Szczęście, że rozłożona w czasie.

Mała dygresja. Pewnie teraz nie przychodzi Wam to do głowy, dlatego uświadomię Was, że na sam koniec tych przepakowań, 27 lat żywota, czyli te pięć do sześciu Toyot, niezbędnych do życia przedmiotów, zmieściło mi się do jednej walizki i nie przekraczało 20 kg. Co Wy na to ?I dont belive youSłusznie, bo miałem jeszcze plecak i torbę na laptopa ;]

Pozostając przy temacie mieszkaniowym, należy je zdać, odpowiednio wcześnie, o ile wynajmujesz. Niby niewiele, bo trzeba wykonać telefon, podziękować serdecznie i cześć. Niestety, trzeba jeszcze posprzątać. Umyć okna, balkon, wszystko odkurzyć, umyć podłogi, łazienkę, lustra, kuchnię, wszystkie szafki z zewnątrz i wewnątrz, półki i lodówkę. Dwa dni pracy, dla dwóch osób. Podołaliśmy, razem z Marcinem J., pseudo Łysy, moim byłym współlokatorem, pozdrawiam. Zanim jednak dochodzi do ostatecznej wyprowadzki, trzeba rzucić pracę, również odpowiednio wcześnie.

Sygnity PozegnanieOdszedłem w kiepskim momencie, bo każde ręce na pokładzie były niesamowicie ważne, z czego nie jestem dumny, ale nie miałem innego wyjścia. Warunki wizowe stanowiły, że muszę pojawić się na wyspie skazańców przed 10 czerwca. To też decyzja zapadła, wręczyłem papiery już w marcu, a kwiecień był moim ostatnim miesiącem pracy w Sygnity. Możecie zapytać:

Dlaczego nie przepracowałeś też całego maja ? Przecież wtedy z początkiem czerwca mógłbyś wylecieć.

Mógłbym, ale nie miałbym zapasu czasu, gdyby coś się stało. A stać się mogło wiele, w końcu wiadomym jest, że wszystko się może zdarzyć. Nie banalizując jednak, chociażby przełożenie lotu o dzień lub dwa, mogłoby zaważyć o być albo nie być w Australii, wtedy cały ten ambaras poszedłby na marne. W razie W, jak mawiają starsi, zaklepałem bilet na 19 maja. Dzięki czemu miałem trochę czasu na spędzenie moich ostatnich dni w kraju przy rodzinnym ognisku i w gronie przyjaciół z lat szkolnych, a przy tym miałem margines błędu. Wraz z końcem kwietnia zostałem pięknie obdarowany prezentami na odchodne w biurze, przy okazji pozdrawiam AMS’y, CMS’y, SMS’y i oczywiście LUBZEL, zdałem klucze do chaty i wróciłem w rodzinne strony. Bezrobotny i bezdomny, mając kilkanaście dni na uściski i całuski z mi bliskimi. Rozkosznie ;]

W tak zwanym między czasie załatwiasz pomniejsze sprawy, typu wycieczki do różnych urzędów, lekarza (w Warszawie), sądu czy ubezpieczyciela. Kilkakrotnie musisz stawić się w biurze agencji żeby donieść dokumenty, zapłacić, coś podpisać czy przeszkolić się przed wylotem. Błahe sprawy, ale jednak trzeba to wszystko zaplanować, żeby ze sobą współgrało. Nie można zapomnieć również o spotkaniach pożegnalnych, które zostawiłem sobie na koniec, a które również trzeba wpisać w kalendarz.

Borowice 2014W tej delikatnej materii muszę się przyznać do kilku porażek. Nie ze wszystkimi udało mi się spotkać i pożegnać, czego żałuję. Starałem się jednak jak mogłem, niech świadczy o tym chociażby wyjazd do słynnego, ze swojego późno Gierkowskiego wystroju, niezamykających się łazienek, beztroskiego personelu i śmiesznie niskich cen, ośrodka Hottur w Borowicach. Było jak zwykle, wybitnie! Szkoda, że nie wszyscy mogli się pojawić, ale i tak odnotowuję sobie w kajecie to jako osobisty sukces, bo udało mi się sprosić ~20 osób. W jednym czasie! Przyjechała Zielona Góra, Warszawa, Katowice i Wrocław. Niebywałe. Przykro mi jednak, że nie udało mi się z Wami wszystkimi spotkać i pogadać, chociażby chwilę. Nie starczyło weekendów. W dużej mierze obwiniam za to moją kontuzję, której nabawiłem się w zasadzie tuż przed wylotem, w okolicach 10 kwietnia. Mówią, że sport to zdrowie, a ja grając w piłę, a jednocześnie godnie reprezentując barwy Sygnity, skręciłem kręgosłup szyjny.


La kontuzjaCała sytuacja nie wygląda na filmiku groźnie, ale gwarantuje Wam, że zostałem popchnięty przez tego opasłego napastnika, który nawet nie podał mi ręki, a sędzia nie gwizdnął, hańba! W konsekwencji upadku przez prawie tydzień miałem problemy z jakimkolwiek poruszaniem się. Chodzenie, siedzenie, a nawet leżenie sprawiało mi ból. Piszę o tym, bo chciałem się w pewien sposób usprawiedliwić z tych nieodbytych pożegnań. Mam nadzieję, że zabieg dodania mojego zdjęcia w kołnierzu wzbudzi u Was ludzki odruch, rozczuli i wymusi trochę współczucia do spółki z empatią i domieszką litości, a co z kolei sprawi, że mi przebaczycie.

Wracając do głównego wątku i jednocześnie podsumowując. Emigracja, każdy z nas doskonale wie co to znaczy, jest to próba życia poza granicami ojczyzny. Definicja ta jednak przybiera inną formę, gdy zapada decyzja o podjęciu takiej próby. Prawdopodobnie przyjmie ona kolejną postać wraz z upływającym czasem spędzonym na obczyźnie. Niemniej jednak moja aktualna definicja brzmi mniej więcej tak: Jest to słodko – gorzki okres, w którym przygotowujesz się i przeżywasz, chyba, najważniejszą decyzję w swoim życiu. Gorzki, bo to ciągły bieg, maraton załatwiania, nieustannego planowania, wciąż trapiących rozterek, walki z samym sobą, na finiszu którego czujesz się naprawdę zmęczony, a w tej pogoni strachu i brawury zostawiasz za sobą wszystko i wszystkich, rodzinę i przyjaciół, cały swój dobytek, czy jest go mało czy dużo, stawiasz kropkę i kończysz rozdział. Słodki, bo wciąż rozpędzony od wielkiej litery rozpoczynasz nowy, świeży, nieskalany, rozdział, w którym to stają przed Tobą nowe możliwości, trochę zwalniasz, poznajesz nowych ludzi, przyzwyczajasz się do otoczenia, już Ci nigdzie nie śpieszno, masz chwilę żeby odpocząć, stajesz, a gdy odwracasz się za siebie okazuje się, że wszyscy Ci bliscy dalej Ci kibicują i dopingują, tylko z dalszej trybuny. Na zmęczonej twarzy pojawia się uśmiech. Odpocząłem, to biegnę dalej…

 

Pjona!

28 Jun 2014 Comments [0]Categories Australia

Zanim zacznę pisać o moim pobycie w Australii muszę się cofnąć troszeczkę w czasie i opowiedzieć jak to się stało, że w ogóle znalazłem się na wyspie kangurów.

Nie pamiętam dokładnej daty kiedy pierwszy raz Natalia, Dominik i jeszcze wtedy malutka Zuzia, moi przyjaciele z Wrocławia, a teraz z Perth, wspomnieli o tym, że chcą się wyrwać z Polski. W sumie nigdy nie pytałem skąd, czy jak dowiedzieli się o możliwości dostania wizy do Australii i że w przypadku absolwentów Politechniki Wrocławskiej ten proces jest dość prosty i pewny. Dlaczego pewny ? Bo nie zawsze gdy się starasz o wizę, otrzymujesz ją, ale jako ‘uprzywilejowani’ młodzi inżynierowie z Polski mieliśmy chody jeśli chodzi o uzyskanie 1,5 rocznej wizy z nieograniczonymi prawami do pracy w krainie Oz.

Wspomniana wyżej młoda rodzinka była mocno zdeterminowana do wyjazdu. Oni byli myślami już na drugim końcu świata, mimo, że nawet dobrze nie rozpoczęli procesu uzyskania wizy. Mnie decyzja nie przyszła tak łatwo, chociaż namawiali mnie po wielokroć. Ostatecznie, w końcu uległem i się zgodziłem. Oczywiście to nie jest tak, że po powiedzeniu sobie i innym ‘jadę’, jedziesz, a w zasadzie lecisz. To tylko wierzchołek góry lodowej.

Ta rzeczywista decyzja chyba zapada w momencie, gdy kupujesz bilet lotniczy i opłacasz mieszkanie. Tak, wydaje mi się, że, gdy wydajesz masę kasy, której nie da się w żaden sposób odzyskać, a wylot jest za kilka tygodni, miejsce w jakimś mieszkanku już na Ciebie czeka, to właśnie to jest to prawdziwe ‘o %&^$, ja naprawdę lecę’. Cofnijmy się jednak o jakieś ~1,5 roku. To właśnie wtedy oznajmiłem sobie i znajomym, dość luźno, że decyduję się. A co!

IELTSPierwsze co musiałem zrobić to zdać test IELTS General Training na minimum 6.0 (skala do 9.0) z każdej części tegoż testu, żeby w ogóle móc myśleć o rozpoczęciu procesu wizowego. Każde podejście do testu kosztuje ~600 zł. Na szczęście udało mi się za pierwszym razem, uff. Nie wiem czy wtedy byłem na tyle zdeterminowany żeby podjąć ewentualną kolejną próbę. Kwestia finansowa była głównym demotywatorem. Naprawdę, gdyby podwinęła mi się noga, jest mocno prawdopodobne, że nie pisałbym właśnie tego tekstu z mojego łóżka w Sydney. Egzamin był jakimś krokiem w stronę zdobycia wizy, bo był niezbędny, ale z drugiej strony zawsze dobrze jest mieć jakiś certyfikat z języka angielskiego, więc mimo ‘decyzji’ nic zobowiązującego. Aha, zapomniałem wspomnieć, że starać się o wizę (tego typu, czyli 476) należy przed upływem dwóch lat po zakończeniu studiów, licząc od dnia daty na dyplomie. Oczywiście czekałem do ostatniej chwili, ze względów zawodowych i ciągłych wątpliwości. Zawodowych, bo dopiero co zmieniłem pracę i chciałem nabyć jak najwięcej doświadczenia przed wylotem, a wątpliwości miałem do samego końca, szczyt niepokoju osiągnąłem przeddzień wylotu. Niemniej jednak, po kilku miesiącach od otrzymania wyników egzaminu, rozpocząłem proces zdobywania wizy.

Information PlanetZgłosiłem się do agencji Information Planet, z którą już wcześniej byłem w kontakcie i machina ruszyła. Pan Paweł i Pan Darek to przemili ludzie, którzy znają Australię na wylot, odpowiedzą na wszystkie pytania, rozwieją wszelkie wątpliwości, a w dodatku zmotywują. Co najważniejsze zdobędą dla Was wizę. Polecam. Jak wiadomo, nie ma w życiu nic za darmo. W momencie kiedy ja starałem się o wizę, koszt takiej usługi wynosił 3000 zł. Do tego należy jeszcze doliczyć koszty badań lekarskich, które można zrobić (aktualnie) w Krakowie i Warszawie, akt z sądu o niekaralności czy, międzynarodowe prawo jazdy. Łącznie ~500 – 600 zł. Po 2 – 4 miesiącach od złożenia papierów otrzymujesz decyzję w sprawie wniosku wizowego. Przy pozytywnej decyzji, dostajesz określony czas (nie wiem od czego zależy ten czas) na pojawienie się na wyspie skazańców. Mnie dali ~6 miesięcy. Oczywiście, wyleciałem praktycznie ~15 dni przed upływem wyznaczonej daty. Kolejne odwlekanie decyzji w czasie.

Mimo zbliżania się terminu wyjazdu, dalej nie przechodziło mi przez myśl, że będę ‘za chwilę’ na drugiej półkuli świata, łaził po Australii odwrócony do góry nogami. Przeciągający się proces emigracji chyba uśpił wszystkie wątpliwości, lęki i troski, które wypełzły jak mrówki z trąconego kijem mrowiska wraz z nastaniem dnia kupna biletu lotniczego. Ten dzień, a w zasadzie przeddzień wykonania przelewu był prawdziwym sprawdzianem. Wtedy wszystkie strachy spojrzały mi prosto w oczy i zaczęły głośno pytać. Po co to wszystko ? Jak to będzie ? Czy sobie poradzę ? A następnie zaczęły szeptać delikatnie do ucha: zostań, nie rób tego, nie dasz rady, przecież tu ci dobrze, tutaj masz pracę, przyjaciół, rodzinę, znasz każdy kąt, nie leć, jeszcze coś Ci się stanie. W takich sytuacjach zawsze powtarzam sobie, to co powiedziała mi kiedyś moja Mama, a co powtarzał jej Tata, a mój Dziadek. Pamiętam jak dziś, koniecznie chciałem nauczyć się skakać do wody na główkę do tyłu, ale ogarniał mnie lęk jak tylko stawałem na krawędzi pomostu, wraz z kolejną nieudaną próbą moja Mama powiedziała:

Jeśli chcesz coś zrobić, a się boisz, to bój się i to rób

Bałem się i skoczyłem. Przełamałem się. To też w myśl tej prostej idei, bałem się i kupiłem. Nie było już odwrotu, lot zaklepany. Lecę! Kolejny odważnik na szalę emigracji dołożyłem w kilka dni po kupnie biletu, wykupując 4 tyg. pobyt w domu z agencji Austay, w Sydney, za ~2000 zł. Ja naprawdę tam lecę! Dżizas..Zmasowany atak wątpliwości, w chyba największym natężeniu, nastał dzień przed wylotem i trwał aż do samego wlezienia na pokład maszyny. Pożegnanie z rodzicami na lotnisku było ‘okropne’, nie znam osoby, która lubi jak jego mama płacze. Oczywiście mnie to tam nie ruszało, przecież prawdziwi mężczyźni nie płaczą, no może czasem pocą im się oczy, tak jak mnie siedząc przed bramką i czekając na poznańskiej Ławicy na lot do Sydney. Bałem się jak cholera…i poleciałem.

Comfort ZoneWraz z postawieniem stopy na pokładzie samolotu człowiek się całkowicie zmienia. Wkracza się w nowy, nieznany, świat, w którym jesteś zdany tylko na siebie. Czujesz się jak porzucone młode w dżungli, które ze słodkiego i niewinnego lwiątka natychmiastowo mężnieje i staje się dojrzałym i wyśmienitym myśliwym. Portal do innego wymiaru, w którym wszystkie zmysły zaczynają pracować na najwyższych obrotach. To taki moment, w którym pewne ustanowione od stuleci granice zostają przekroczone. To czas, w którym coś co było wcześniej nie do pomyślenia staje się Twoją codziennością. Odkrywasz w sobie wcześniej nieznane ‘moce’, które były schowane pod kołdrą strefy komfortu. Dzieje się tak dlatego, że Twój instynkt każe Ci za wszelką cenę przetrwać.

Niesamowita szkoła życia. Poznajesz nowego siebie. Odkrywasz nieodkryte. Stajesz się silniejszy niż kiedykolwiek. Przy tym masz okazję obcować z innymi, dotąd, nieznanymi kulturami, zachowaniami, miejscami, ludźmi. Rozszerzasz swoje perspektywy, światopogląd czy horyzonty w tempie n – silnia, dla laików, bardzo szybko ;]. Żeby jednak móc tego doświadczyć, jak ładnie kiedyś powiedział mój bardzo dobry kumpel, musisz obniżyć swój poziom komfortu, a mówiąc bardziej dosadnie, a jednocześnie cytując Bohdana Łazukę z kultowego filmu Chłopaki Nie Płaczą

Nadszedł moment kiedy musisz wziąć sprawy w swoje ręce i opuścić ciepły kurwidołek.

Mnie udało się uciec ze swojej strefy komfortu! A Tobie ? Dalej masz wątpliwości ?

 

Nie powiodłoby mi się to jednak bez udziału wielu. Dlatego podziękowania ślę wszystkim bliższym czy dalszym znajomym, z pracy czy z podwórka, rodzinie bliższej i przyszywanej oraz wszystkim tym, którzy mnie wspierali i życzyli najlepszego. W szczególności jednak Podziękować muszę:

Natalii i Dominikowi wraz z Zuzią, którzy w swojej upartości dążenia do celu za wszelką cenę, byli moim największym motywatorem. Bez Was w ogóle bym o wylocie nie pomyślał. Dziękuję!

Mojej najbliższej rodzinie. Rodzicom, którzy mimo wewnętrznego smutku ‘utraty syna’ zawsze wspierali mnie w każdym aspekcie mojej dezycji, nie tylko mentalnie, ale i finansowo – oddam, obiecuję, ale nie wiem kiedy :). Siostrze, ‘Bratu’ i już nie takiej malutkiej Iwonce, na których pomoc zawsze mogłem liczyć, nawet o nią nie pytając. Dziękuję!


Decyzja w liczbach:

  • Wiza: 476
  • Czas wizy: 18 miesięcy
  • Czas uzyskania wizy: ~2 -4 miesięcy
  • Czas decyzji: ~18 miesięcy
  • Koszty: ~15 – 20 000 zł w tym ~600 zł (IELTS), ~3 000 zł (wiza), ~600 zł (lekarz i inne dokumenty), ~3 000 (lot), ~2 000  (zakwaterowanie na 1  miesiąc), ~1 500 (ubezpieczenie na 6 miesięcy), ~4 500 zł (na życie przez najbliższe ~2 miesiące)
  • Czas samego lotu: ~24 h (1 – 2 przesiadek)
  • Waga bagażu: 20 kg (+ ~kg laptopa)

Pjona!

27 Jun 2014 Comments [0]Categories Australia

Dzień dobry wieczór!

Chciałbym wszystkich bardzo serdecznie powitać w moich skromnych progach wirtualnego życia australijskiego. Paradoksalnie, można powiedzieć, że właśnie doświadczacie moich narodzin, mimo, że mam już 27 wiosen na swoim koncie. Miejmy nadzieję, że po porodzie ‘dziecię’ się zaczerwieni, zapłacze a z czasem wyrośnie na drożdżach pochlebnych opinii i masy odwiedzin na dorodny, puszysty i smakowity wypiek, któremu nikt się nie będzie mógł oprzeć.

Rozpoczęcie procederu pisania o moim prywatnym życiu nie przychodzi mi łatwo, dlatego, że nigdy nie byłem osobą, która obnaża się ze swoich ‘sekretów’ publicznie, a co więcej nie należę też do grona ludzi, którzy lubują się w sztuce pisania, w ogóle. Pisanie, jako takie, kojarzy mi się z lekcjami języka polskiego, który był zawsze moją piętą achillesową,  nigdy nie przywiązywałem większej wagi do tego przedmiotu, ale nie upatruję w braku atencji kiepskich wyników, po prostu byłem z polskiego kiepski, ot co. Mówiąc krótko i na temat, pisanie przychodzi mi niełatwo, a pisanie o sobie, jeszcze trudniej, bo jak wspomniałem nie ekscytuję się pokazywaniem tego co zaraz skonsumuję wszystkim dookoła czy też otrzymywaniem życzeń urodzinowych od osób, z którymi nie miałem kontaktu przez kilka lat. Wszystko to sztuczne i bezsensowne.

Dlaczego, zatem w ogóle zaczynać coś czego się nie lubi i czego się, de facto, nie chce robić ? Odpowiedź nie jest łatwa, ale mam kilka pomysłów na argumentację.

  • Na pewno jest to swojego rodzaju walka ze swoimi słabościami. Wydaje mi się, że należy przynajmniej próbować je okiełznać, jeśli nie pokonać. Spróbuję, a co!
  • Eksperymentowanie. To naprawdę fajny proces, w którym dowiadujesz się wiele nowych rzeczy o świecie i samym sobie. Niestety nie zawsze kończy się sukcesem, ale zawsze wynosisz nowe doświadczenia. Mimo wielu wątpliwości czy przeciwwskazań warto czasami zaryzykować i przynajmniej spróbować. A nóż..
  • Może moje pismactwo komuś pomoże, ktoś znajdzie coś wartościowego dla siebie, a może nawet kogoś zainteresuje, może przekonam…może
  • Będzie to też trochę wyrycie malutkiej części mojej własnej ‘opowieści’ na kartach historii

 

Nie ma tego dużo, ale mnie wystarczy. No to cóż..spinam poślady, zagryzam zęby, biorę lejce w dłoń i ruszamy z tą karecą w dalekie i nieznane.

WIO!